
Wszy, sterty gnoju, robaki, za ciasne boksy - tak wygląda życie koni w gospodarstwie w Modrzycy. Z 70 koni zostało kilkanaście. Lekarze określają ich stan jako "głodowy", ale inspektor weterynarii twierdzi, że w gospodarstwie "nie było rażących zaniedbań".
REKLAMA
Franciszek G. w Modrzycy ma kilka hektarów ziemi. Kiedyś miał około 70 koni, teraz zostało mu ich kilkanaście. Jak podkreślają w rozmowie z "Wyborczą" osoby interesujące się sprawą - wszystkie zwierzęta są w fatalnej kondycji, a ich warunki życia to piekło.
Jeden z koni trafił do stajni Anny Pacewicz. Gdy zwierzę zbadał lekarz, okazało się, że ma ono 90-procentowy ubytek masy mięśniowej. Do tego klacz była zarobaczona, z wszami i "ledwo stała na nogach". Pacewicz za konia zapłaciła 750 złotych, 3 złote za kilogram. To daje 250 kg wagi - powinno być dwa razy więcej.
Sprawą zainteresowali się członkowie zielonogórskiego Biura Ochrony Zwierząt. Powiadomili policję. Widok, który zastali funkcjonariusze, był straszny. Gnój i szczątki zwierząt, kilkanaście starych aut na posesji, wychudzone konie trzymane w betonowej "biegalni". Waliły głową w sufit i zalegały w nie sprzątanym od miesięcy gnoju.
Na zarzuty obrońców zwierząt gospodarz odpowiada wykrętnie. Twierdzi, że nie są chude, tylko linieją na wiosnę, a jeśli brakuje im masy to dlatego, że G. zalegał z ich odrobaczaniem. Gdy odwiedzili go funkcjonariusze tłumaczył, że był u niego inspektor weterynarii i nie stwierdził "rażących zaniedbań", kazał jedynie podleczyć zwierzęta i posprzątać. Franciszek G. przyznaje, że najchętniej koni by się pozbył. - Byle znalazł się kupiec - mówi "Wyborczej". W kwestii dbania o zwierzęta nie ma sobie nic do zarzucenia.
Źródło: "Gazeta Wyborcza"
