![Czym jest szowinizm [url=http://shutr.bz/1ruwb8k ]międzygatunkowy[/url]?](https://m.klubzwierzaki.pl/cd2539201e78bfaf7db5c39918cef244,1500,0,0,0.jpg)
Lewica alarmuje, prawica się śmieje. Jedni porównują go do problemu seksizmu, drudzy twierdzą, że jest jeszcze gorszy od “ideologii gender”. Chodzi o szowinizm gatunkowy i to, jak przejawia się w naszym języku. Pisze o nim Dariusz Gzyra w “Dzienniku Opinii”. Czy ma rację?
REKLAMA
Chyba każdy z nas zastanawiał się kiedyś, dlaczego wówczas, gdy chcemy kogoś poniżyć czy obrazić, nazywamy go (lub ją) “świnią”, “suką”, “bydlakiem”. Dlaczego o mordercach czy gwałcicielach mówimy “zwierzęta”? Dlaczego życząc komuś w gniewie śmierci, mówimy mu, by “zdechł”, a nie “umarł”? Jeśli spojrzeć na sprawę na chłodno, trudno znaleźć logiczne wytłumaczenie.
Niektórzy ekolodzy i obrońcy praw zwierząt twierdzą, że mówimy w ten sposób, bo z naszego języka przebija szowinizm międzygatunkowy – postawa stawiająca interesy homo sapiens ponad interesami innych gatunków.
Właśnie tej kwestii swój felieton w “Dzienniku Opinii” pt. “W poszukiwaniu niewinnego języka” poświęcił Dariusz Gzyra ze stowarzyszenia Empatia. Przekonuje w nim, że język, jakim mówimy o zwierzętach, jest dla nich krzywdzący i niesprawiedliwy. A co więcej, służy temu, byśmy łatwiej przechodzili do porządku dziennego nad zwierzęcym cierpieniem. No bo jak współczuć “temu bydlakowi”?
“Językowe piętno”
Gzyra przekonuje, że “zależność pomiędzy dyskryminacją a językowym piętnem, ułatwiającym ją i wspierającym, jest oczywista”. I przypomina, że “bydło to nazwa zwierząt, które ludzie w bezwzględny sposób wykorzystują dla swoich potrzeb. Nie ma powodu, żeby używać tej nazwy do określenia nikczemności ludzi. Krowy i cielęta nie bywają nikczemne”.
Gzyra przekonuje, że “zależność pomiędzy dyskryminacją a językowym piętnem, ułatwiającym ją i wspierającym, jest oczywista”. I przypomina, że “bydło to nazwa zwierząt, które ludzie w bezwzględny sposób wykorzystują dla swoich potrzeb. Nie ma powodu, żeby używać tej nazwy do określenia nikczemności ludzi. Krowy i cielęta nie bywają nikczemne”.
Co więcej, w naszym języku na każdym kroku podkreśla się przepaść między nami-ludźmi, a nimi-zwierzętami: “(...) ludzie spożywają jedzenie, zwierzęta mają karmę. Ludzi się zabija, a zwierzęta ubija. Tylko ludzi można mordować i tylko zwierzęta się usypia, gdy się im odbiera życie”.
Mając świadomość, że język “może być narzędziem dyskryminacji i opresji, ale jego forma może również wyrażać postulat zmiany i naprawy świata”, Gzyra apeluje, byśmy na co dzień rezygnowali z “określeń niekorzystnych dla zwierząt”.
Jak się można było spodziewać, postulat ten (jako zupełnie absurdalny) został wyśmiany i skrytykowany przez konserwatywny portal Fronda.pl. My zaś, nie wikłając się za bardzo w spór o sensowność walki z międzygatunkowym szowinizmem, postanowiliśmy porozmawiać z językoznawcą o tym, co o naszym stosunku do zwierząt mówi język, jakim ze sobą rozmawiamy.
Prof. Magdalena Steciąg z Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Zielonogórskiego jest autorką pracy “Dyskurs ekologiczny w debacie publicznej” i zgodziła się odpowiedzieć na kilka naszych pytań.
Czy język rzeczywiście buduje barierę między ludźmi a zwierzętami?
Nasz język z definicji jest antropocentryczny, zwłaszcza w swojej potocznej odmianie. Zresztą trudno się dziwić: ostatecznie na świat patrzymy z ludzkiej, a nie żabiej perspektywy (śmiech). A komunikować się za pomocą języka możemy tylko z innymi ludźmi.
Obrońcy praw zwierząt twierdzą jednak, że sposób, w jaki mówimy o zwierzętach, jest dla naszych “braci mniejszych” krzywdzący. No bo dlaczego słowa “suka” czy “bydło” w odniesieniu do ludzi mają tak mocno pejoratywny wydźwięk?
Ponieważ w tej naszej międzyludzkiej komunikacji do głosu dochodzą stereotypy dotyczące innych gatunków. I zostawiają swój ślad w języku.
Skąd się wzięły te stereotypy?
Z wielowiekowej obserwacji świata natury, a zwłaszcza – najbliższych człowiekowi – zwierząt hodowlanych. Kiedy mówimy, że ktoś się “uświnił”, albo że gdzieś jest “brudno jak w chlewie”, to nie dzieje się tak bez powodu. To wynik doświadczeń pokoleń naszych przodków, którzy na własne oczy oglądali te brudne świnie czy chlewy.
No dobrze, ale słowa “świnia” używamy nie tylko w odniesieniu do kogoś, kto jest brudny, ale mówimy, że ktoś “zachował się jak świnia”, kiedy ten ktoś nas oszukał, zdradził, nabrał. A przecież nie jest tak, że świnie z natury są “oszustami”.
Ani nie nadużywają alkoholu. A jednak mówi się “pijany jak świnia”.
No właśnie. Skąd się to bierze?
Pewne związane ze zwierzętami stereotypy z czasem zaczęto odnosić także do ludzi.
Najczęściej negatywne.
Rzeczywiście, często tak bywa. Ludzie, uważając się za “koronę stworzenia”, traktowali zwierzęta jako podporządkowane im, a także zwyczajnie gorsze. Stąd liczne związane z nimi negatywne konotacje. Ale warto zwrócić uwagę, że w wielu przypadkach obserwacja świata natury pozostawiała w naszym języku także ślad pozytywny: weźmy choćby takie sformułowania, jak “wierny jak pies”. Mówimy też, że ktoś, tak jak kot, “chodzi swoimi drogami”. Nie ma w tym żadnych negatywnych konotacji.
Albo “końskie zdrowie”. Choć obrońcy praw zwierząt stwierdziliby pewnie, że w tym sformułowaniu ukryte jest nasze szowinistyczne założenie, że koń wszystko zniesie, że można go dowolnie eksploatować.
“Jeździć jak na łysej kobyle” (śmiech).
No właśnie.
Być może rzeczywiście na gruncie idei obrony praw zwierząt można by w ten właśnie sposób interpretować “końskie zdrowie”. Ale w świetle zakonserwowanego w języku tradycyjnego podejścia trudno się doszukiwać w tym związku frazeologicznym jakichś dodatkowych sensów. Ostatecznie wszystko zależy od naszego światopoglądu. Natomiast generalnie od lat 60-tych coraz więcej osób zmienia sposób patrzenia na przyrodę.
Być może rzeczywiście na gruncie idei obrony praw zwierząt można by w ten właśnie sposób interpretować “końskie zdrowie”. Ale w świetle zakonserwowanego w języku tradycyjnego podejścia trudno się doszukiwać w tym związku frazeologicznym jakichś dodatkowych sensów. Ostatecznie wszystko zależy od naszego światopoglądu. Natomiast generalnie od lat 60-tych coraz więcej osób zmienia sposób patrzenia na przyrodę.
W jakim sensie?
Rozwój idei ekologicznych sprawił, że rozgraniczenie między ludźmi a zwierzętami stało się mniej wyraźne. Mówi się o prawach zwierząt, czasem uważa się je w pewnym sensie za członków społeczeństwa, przyznając im określone prawa.
Te postulaty związane są raczej z lewicą. Prawica, zwłaszcza w Polsce, dość otwarcie kpi sobie z ekologii, a także z apeli o walkę z szowinizmem gatunkowym w naszym języku. Mam na myśli choćby tekst “W poszukiwaniu niewinnego języka” opublikowany przez “Krytykę Polityczną”, a obśmiany przez “Frondę”.
Nie dziwi mnie to. Wartości, które wyznajemy, zawsze znajdują odzwierciedlenie w języku, jakim się posługujemy. Dlatego ruch obrony praw zwierząt walczy o zmianę sposobu, w jaki mówi się o zwierzętach.
Jak na te zmiany należy patrzeć z punktu widzenia poprawności językowej? Niektórzy spierają się na przykład o to, czy mówienie o zwierzęciu, że “umarło”, a nie “zdechło”, to błąd.
Trudno mi jednoznacznie rozstrzygnąć. Ze stylistycznego punktu widzenia lepiej byłoby powiedzieć „zwierzę zdechło”, ale jeśli to narusza czyjąś wrażliwość, to można powiedzieć, że ono umarło. Nie widzę nic złego w ogólnej tendencji do tego, by bardziej świadomie wyrażać swój stosunek do zwierząt w języku, nawet jeśli to się wiąże z pewnym ich “uczłowieczaniem”. Ale nie można popadać w nadmierne relatywizowanie.
Nawet jeśli stoimy na gruncie praw zwierząt, nie powinniśmy zatracać pewnej hierarchii, nie mierzyć wszystkiego ludzką miarą, nie iść za daleko. Bo może w pewnym momencie ktoś upomni się także o rośliny? Zresztą już dziś widać, że również o nich mówi się inaczej, nieco je personifikując: mówi się na przykład o tym, że lasy “umierają”, że człowiek “zabija” Amazonię, że “gwałci” dziewicze wydmy…
