
Jestem zmęczona. Nie odczuwam już złości, irytacji i już mnie nie bawią głupawe wpisy niedoinformowanych mas, które całe swoje zlewy złośliwych uwag opierają na z księżyca wziętym wpisie kilku ignorantów.
REKLAMA
Jeden to guru kuchni, którą można nazwać w skrócie BTK (skojarzenia jak najbardziej słuszne), który wojny wypowiada na co dzień, więc jedna więcej nie robi mu różnicy. Wojnę można też wypowiedzieć komuś, kto nie odpowiada za zaistniałą sytuacje, bo po co komuś, kto odpowiada?
Słynna już afera prosiaczkowa stała się aferą za sprawą... mięsożernej części populacji i dogadzającego im sklepu. Padły nafaszerowane jadem uwagi, celujące w tych, którzy w sprzedaży całych prosiąt nie widzieli niczego złego, poza tym, że w ogóle spożywa się kogoś bez przyczyny innej niż pofolgowanie zachciankom.
Sam fakt takiego rodzaju sprzedaży był dla nas, znanych w kręgach w/w mas jako „tzw przyjaciele zwierząt” – uwaga – bardzo odpowiedni. Z hipokryzją walczymy nie mniej zawzięcie, co z okrucieństwem wobec zwierząt, więc zarzut, przyznaję, najwstrętniejszy z możliwych, ale nietrafiony jak zwykle.
Właściwie wciąż zastanawia mnie, dlaczego ów kucharz wydał wojnę wegetarianom, ale myślę sobie, że on sam też nie wie. Zapewne jako urodzony drapieżnik chwycił w zęby coś, co przelatywało nieopodal i już nie puścił, bo pożywianie się to jego pasja. Zgodnie z jego własną deklaracją próbuje wszystkiego, bo dosłowne :”po trupach do celu” to jego motto życiowe.
Drugi pan to „specjalista komunikowania w internecie”, co może tłumaczyć jego całkowity brak wiedzy na temat, w którym zabiera głos, bo specjalizuje się w świecie wirtualnym. Zarzuty te same, oburzenie podobne, ten sam silnik napędzający falę, która poruszona, idzie dalej, nie wiadomo gdzie i w jakim rozmiarze. Zero prawdy, nieskończoność nonsensownych zarzutów.
Wszystkie wypowiedzi ze środowiska prozwierzęcego, jakie miałam okazje słyszeć, były owszem ubolewające nad losem zwierząt w ogóle, ale też pełne nadziei, że ten sposób „pakowania” sprawi, że pewne prawdy dotrą do części pozbawionej wyobraźni i że w końcu ktoś wywalił kawę na ławę. Sama wyraziłam zadowolenie z tego sposobu sprzedaży w czasie nagrywania programu traktującego o zwierzętach i, co znamienne, wyraziła je nasza ambasadorka Agata Buzek.
Tak więc i publicznie, i na łamach portali nikt ze środowiska nie domagał się zaprzestania takiej sprzedaży. Byłoby to wbrew logice, bo nie zamierzamy ułatwiać nikomu oszukiwania siebie i innych, że nie odpowiada za zabijanie zwierząt! Słowem – dla nas ta forma sprzedaży to super pomoc w naszych kampaniach.
Jeszcze dobitniej: nie mamy żadnego "ALE" co do sprzedaży zwierząt w całości i wbrew naszym interesom jest domagać się usunięcia całych prosiąt z jakiegokolwiek sklepu. Larum podnieśli „wrażliwsi” i wybitnie zakłamani smakosze zwierząt podawanych w paczuszkach, a najchętniej pewnie w pudełeczkach jak bombonierki.
Cenię opinie tych, którzy przyznali, że jedzą mięso, są świadomi, skąd ono się bierze, a skoro tak to wygląda i nie mają z tym problemu, nie ma o co wszczynać histerii. Podzielam tę opinię, bo jest pozbawiona hipokryzji, tak jak nasze stanowisko i wszelkie działania.
Reasumując, nie życzymy sobie wciskania nam cudzych, „świńskich” poglądów w żadnej sprawie i życzymy żądnym wojen i sensacji odrobiny rozsądku, bo argumenty to przydatny fundament w każdej wojnie. Tej z wiatrakami też ;)