Mieszkańcy Warszawy zwracają uwagę, że miasto zalewają psie odchody
Mieszkańcy Warszawy zwracają uwagę, że miasto zalewają psie odchody Fot. Roman Bosiacki / Agencja Gazeta

Paradoks psiej kupy: idę po jedną, wracam z trzema. Jedna w woreczku, dwie na butach. Zastanawiam się, co się zmieniło w ostatnich miesiącach, że miasto wręcz tonie w odchodach...

REKLAMA
  • Mieszkańcy Warszawy narzekają na trawniki, place, skwery i parki zatopione w psich odchodach.
  • Kara za niesprzątanie po psie może wynosić nawet 500 zł.
  • Problemem jest również niewystarczająca liczba śmietników, do których można wyrzucić woreczek z kupą.
  • Myślałam, że to problem tylko mojej dzielnicy, ale prześledziłam inne grupy w mediach społecznościowych i nie – w całej Warszawie właściciele psów jakby zapomnieli, że mają obowiązek zebrać to, co wydali ich pies.
    I strasznie mnie to wkurza. W ostatnich miesiącach tylko w moim bloku pojawiło się kilka nowych psów. Dane pokazują, że w czasie pandemii chętniej zaczęliśmy przygarniać zwierzaki, co jest pozytywnym zjawiskiem. Wzięcie pod opiekę czworonoga to jednak również obowiązki. Jednym z nich jest sprzątanie kupy.
    logo
    Fot. Roman Bosiacki / Agencja Gazeta
    Niestety wiele osób ma to gdzieś. Na jednej z grup trafiłam nawet na opis sytuacji, w której właścicielka psa zareagowała agresją i wulgaryzmami, gdy sąsiadka zwróciła jej uwagę, że psi produkt należy zebrać do woreczka i wyrzucić.
    A problem wypłynął, dosłownie, jeszcze bardziej, gdy stopniał śnieg. Pod moim blokiem jest dosłownie pole minowe, a żeby się przez nie przedrzeć bez niespodzianek na butach, trzeba się porządnie nagimnastykować. Co jednak ciekawe, NIGDY nie widziałam, żeby ktoś bezczelnie i ostentacyjnie migał się od sprzątania.
    Wychodzi zatem na to, że o ile w dzień ludzie się jeszcze pilnują, o tyle pod osłoną nocy bagatelizują temat. Kiedyś tłumaczyłam sobie, że mieszkam w okolicy zamieszkanej głównie przez starsze osoby (może mają trudność, żeby się schylić?). Z czasem zaobserwowałam jednak, że z psami wchodzą głównie osoby w wieku pozwalającym na zrobienie skłonu.
    logo
    Fot. Roman Bosiacki / Agencja Gazeta
    Jako właścicielka psa od ponad 7 lat wiem, że jednym z głównych problemów wielu osiedli jest brak śmietników na psie odchody. Niejednokrotnie pokonywałam spacer wstydu z kupą w dłoni, bo miasto chyba umieściło na całym swoim terenie dziesięć koszy, których znalezienie graniczy z cudem.
    Na dużym skwerku otoczonym przez wielkie bloczyska jest JEDEN śmietnik, z którego najczęściej aż wypadają zapełnione woreczki. Chociaż nie uważam, że brak kosza to dobre tłumaczenie w tej sytuacji, to domyślam się, że dla co bardziej leniwych, może to być argument.
    Nawet w obliczu mandatów, które w niektórych miastach wynoszą 500 zł. Gówna widzę na każdym kroku, nie znam jednak przypadku, żeby ktoś został ukarany za zostawienie odchodów na trawniku.
    Jednak kartki wywieszane w moim bloku zasmucają mnie jeszcze bardziej, bo wydaje się, że problem kup to zaledwie początek. Ludzie w ogóle nie dbają o swoją przestrzeń – śmieci zostawiają przed kratą śmietnika, przez okna wyrzucają jedzenie, pety, a także... dziecięce pieluchy.
    Z rozmów ze znajomymi wynika jednak, że inwazja brudasów nie dotyczy tylko mojego osiedla. Czyżby przez izolację jeszcze bardziej puszczały nam hamulce i na światło dzienne wypływał brak kultury?