
Hasło "polski horror" jednych elektryzuje, drugich odstrasza. Z "Wilkołakiem" sprawa jest bardziej skomplikowana, bo nie jest utrzymana w konwencji amerykańskiej. Reżyser, który zgarnął za niego nagrodę na festiwalu w Gdyni, łączy różne gatunki, ale na elementy paranormalne nie mamy co liczyć. Co nie znaczy, że seans nie będzie przypominać najgorszego koszmaru.
Już sam punkt wyjścia filmu zapewnia podstawy do niezłego dreszczowca. Bohaterami są dzieci, które zostały wyzwolone z obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Trafiły do opuszczonego pałacu w głębi lasu, który posłużył im za sierociniec. "Sielanka" zostaje przerwana przez stado wygłodniałych obozowych wilczurów, które teraz osaczają ich tymczasowy dom. Dzieciaki są znów uwięzione i muszą walczyć o przetrwanie.
"Wilkołak" jest surowy, ciężki i korzysta z oszczędnych środków wyrazu. Groza potęgowana jest naprawdę świetną i klimatyczną ścieżką dźwiękową skomponowaną przez Antoniego Łazarkiewicza. Wiele amerykańskich horrorów może pozazdrościć tak wspaniałej muzyki, która również zapewniła nagrodę w Gdyni.
