Max był na parafii w Głuszynie. Interweniowała fundacja Oleśnickie Bidy.
Max był na parafii w Głuszynie. Interweniowała fundacja Oleśnickie Bidy. Fot. Screen/Facebook/Oleśnickie Bidy

Max, pies proboszcza spod Namysłowa, był w strasznym stanie. – Zdjęcia i film, które dostaliśmy w anonimowym zgłoszeniu nie oddają tego, co zobaczyłyśmy na miejscu. Fetor gnijącej nogi był niesamowity. Stan Maksa jest tragiczny – mówi nam inspektorka, która pojechała na plebanię księdza. O historii Maksa głośno już na całą Polskę. Ale takie traktowanie psów na parafiach wcale nie jest odosobnione. A także to, jak parafianie bronią potem księdza.

REKLAMA
Fundacja Oleśnickie Bidy, która interweniowała u proboszcza i opisała całe zdarzenie na Facebooku, już zaczęła dostawać sygnały od oburzonych mieszkańców. – Ktoś do mnie zadzwonił i przekonywał, że to dobry ksiądz z parafii. Był zbulwersowany, że go oczerniamy – mówi nam wolontariuszka fundacji. W jednym komentarzu na FB też przeczytała, że ksiądz był dobry, bo kupował psu kiełbasę.
Znajdujemy ten wpis. Jeden z mieszkańców opisuje, że ksiądz bardzo dbał o psa, oprócz kiełbasy na deser kupował mu przysmaki, zrobił mu piękny kojec i duży wybieg. Inny z mieszkańców: "Ksiądz dbał o tego psa jak mało kto, jest sporo osób które mogą to poświadczyć". I jeszcze jeden:
logo
Fot. Screen/Facebook
– My nie twierdzimy, że to zły ksiądz. Nie oczerniamy go, nie mówimy, że go nie karmił. Ale o psa nie dbał. Pies był skołtuniony, chyba nigdy nie był czesany. Jest na nim cała warstwa starego filcu. Zadzwoniłyśmy do weterynarza, powiedział, że był u psa dwa lata temu. Szczepienia są nieregularne, Maks był nieodrobaczany. Gdy do niego podeszłyśmy, fetor gnijącej nogi był niesamowity. Widok był straszny – opowiada naTemat inspektorka fundacji.
"Zabił budę, by pies nie szczekał w czasie mszy"
Absolutnie nie chcemy generalizować i rzucać cienia na wszystkich księży i parafie w Polsce. Ale wstrząsające jest to, że do takich zdarzeń również dochodzi właśnie tu. Gdzie wszyscy, po chrześcijańsku, powinni przecież być wyczuleni na cierpienie.
– Da wielu mieszkańców miast i wsi ksiądz jest przykładem. Ale księża nie chcą mówić o zwierzętach. Już dawno próbowaliśmy zwrócić się do nich z prośbą, aby z ambony powiedzieli, by ludzi dbali o zwierzęta gospodarskie. Że one też marzną zimą, też odczuwają, mają podstawowe potrzeby, jak buda czy dostęp do wody. Nigdy nie było odzewu z ich strony. A interwencje, które mieliśmy na parafiach tylko potwierdzają, że pod tym kątem na niektórych dzieje się źle – mówi naTemat Paulina Boba z Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.
Sama najbardziej zapamiętała interwencję wiele lat temu, o której też głośno było w Polsce: – Ksiądz w Krakowie zabił budę dechami, żeby pies w czasie mszy nie szczekał. I ten pies tak potrafił siedzieć w tej budzie przez parę godzin.
Przy innej interwencji w ubiegłym roku w Więciórce pod Myślenicami, która w sądzie ciągnie się do dziś, KTOZ spotkało się z ostrą reakcją mieszkańców.
– Wnosiliśmy o znęcanie się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem. Mieszkańcy chcieli nas zjeść żywcem. Odbieraliśmy bardzo wiele telefonów, że przecież ksiądz jest taki wspaniały i czego my od niego chcemy. Słyszeliśmy, że ksiądz kocha ludzi, działa, pomaga uzależnionym od alkoholu, w ogóle dobry człowiek. A to są tylko zwierzęta. Bardzo nas wtedy atakowano – opowiada Paulina Boba.
Mówi, że najczęściej takie sygnały dostają w anonimowych zgłoszeniach. Albo alarmuje ich ktoś, kto przez przypadek znalazł się na parafii: – Rzadko interweniuje ktoś, kto jest na miejscu. Takie osoby przyzwyczajają się do stanu rzeczy, już go nie dostrzegają.
"W sobotę ma mieć operację"
Anonimowe zgłoszenie postawiło też na nogi fundację Oleśnickie Bidy. Była to pierwsza interwencja tej fundacji u księdza. Nigdy wcześniej nie mieli takiego przypadku.
Maks nie był leczony i bardzo cierpiał, czego nikt nie widział. Miał guza, którego rozgryzł. – Cały guz jest rozerwany. Łapa jest spuchnięta, wygląda to okropnie. Pies bardzo, bardzo cierpi. Wykrwawiał się od miesięcy. Musiał mieć transfuzję krwi, bo z tego powodu ma silną anemię. W sobotę ma mieć operację. Nie wiemy nawet czy przeżyje zabieg. Jego stan jest tragiczny – relacjonuje nam inspektorka z fundacji. Weterynarz powiedział, że dzięki Bogu, stało się to w taką pogodę, a nie latem. – Wtedy w ranie zalęgłoby się robactwo i pies by nie przeżył – słyszymy.
Ksiądz, jak się dowiadujemy, podczas interwencji zachowywał się tak, jakby nie wiedział o co chodzi, jakby nie miał świadomości, co się stało. – Pytam księdza, czy zdaje sobie sprawę jak to wygląda. Powiedział, że myślał, że to samo mu przejdzie. Mówił, że pies się nie skarżył. No jak pies ma się skarżyć? Skoro pies co chwila kręci się w kółko, gryzie łapę i robi to z piskiem – a przy nas robił to stale – to znaczy, że to dla niego jest straszny ból – mówi. Nie neguje, że ksiądz go karmił, to było widać. Chodzi tylko o leczenie.
Informacja przyniosła ogromny odzew na portalach i w mediach społecznościowych. Mnóstwo ludzi deklaruje pomoc. Ale internauci piszą też, że to ksiądz proboszcz powinien pokryć wszystkie koszty związane z leczeniem. "Dlaczego nie płaci za leczenie?", "Nie rozumiem jak człowiek w szczególności ksiądz może dopuścić do takiego stanu!!!" – piszą. Próbowaliśmy skontaktować się z proboszczem, ale bezskutecznie.
"Leżał wycieńczony koło kościoła"
Interwencje na parafiach nie zdarzają się nagminnie, ale przecież nie powinno być ich wcale. I właśnie one szokują najbardziej. – Pies był w kojcu bez budy. Ksiądz stwierdził, że przez bramkę nie da się jej wnieść, więc buda stała przed kojcem. Dopiero nasi inspektorzy ściągnęli bramkę i wnieśli budę do środka – wspomina jedną z nich Paulina Boba.
Latem tego roku na alarm biła Fundacja na Rzecz Ochrony Praw Zwierząt EX LEGE. Z powodu Atosa, psa proboszcza, który w jednej z podlubelskich wsi leżał wycieńczony obok kościoła. "Nie podnosi się, oddycha z trudem, przerzedzona skołtuniona i zalepiona brudem sierść miejscami odkrywa zaczerwienienia na brzuchu, kłębią się tam liczne pasożyty. Pies jest słaby, osowiały" – alarmowała. Okazało się, że pies należał do poprzedniego proboszcza, który o niego dbał. Nowy – już trochę mniej.
Fundacja Oleśnickie Bidy zapowiada, że skieruje sprawę do sądu.