
"Pies nam uciekł, przepraszamy" – to usłyszała w słuchawce pani Paula, która swojego psa zostawiła w klinice weterynaryjnej na wyrwanie zęba. Miał mieć zabieg, a przez niedopilnowanie uciekł. To trochę tak, jak zgubić dziecko w przedszkolu. I o ile nie każdy spotkał się z taką sytuacją, to wielu wie, co to rozpacz po stracie i tęsknota za zwierzakiem. Pies szczęśliwie się odnalazł, ale emocje zostały.
Kobieta wyszła z kliniki po godzinie 11 i pojechała do domu. Nic nie zapowiadało, że będą jakiekolwiek problemy. W końcu na odchodne usłyszała że "ma się o nic nie martwić, że pies jest w dobrych rękach". Było jednak inaczej.
Właściciele "Tofika" przeżyli traumę. Pani Paula zwraca uwagę, że słowo "przepraszam" usłyszała tylko raz. – Wtedy kiedy poinformowano mnie, że pies im zaginął i to nawet nie od właścicielki kliniki, a od jej pracownika. W tej chwili klinika nie kontaktuje się z nami. Nawet nikt nie zadzwonił z pytaniem, czy pies się znalazł – mówi z żalem właścicielka psa.
– Emocje opadły już trochę, pies się znalazł, ale tych cierpień rodziny, z powodu zaginięcia zwierzaka nikt nie zwróci – mówi. – Chcielibyśmy po prostu, żeby taka sytuacja więcej się nie wydarzyła i nikogo coś takiego nie spotkało. Powiedziałem tej pani (właścicielce przychodni – przyp. red.), że wyciągnę konsekwencje z tej sprawy. Ona uważa, że chcę pieniędzy i powiedziała, że jest ubezpieczona od tego typu wydarzeń, ale ja nie chcę jej pieniędzy. Chcę tylko, żeby coś takiego więcej się nie wydarzyło – stwierdza pan Andrzej.
Jak w ogóle doszło do tej sytuacji? Skontaktowaliśmy się z właścicielką kliniki, która od razu przyznała, że jej firma popełniła błąd. – Po prostu pies nam się wymknął. Nasz błąd. To był nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Akurat do pomieszczenia zabiegowego, gdzie leżał pies, wszedł jeden z klientów, chociaż widniała tabliczka z napisem „przejście służbowe” i w tym momencie wszedł także inny pan do lecznicy, pies się zerwał i przestraszony uciekł. Oczywiście to nie jest wina tych ludzi, bo owszem, jest tabliczka, ale wiadomo, pan chciał się o coś spytać no i po prostu wszedł. To jest nasza wina, nasze zaniedbanie, przepraszaliśmy już wielokrotnie rodzinę i zapewnialiśmy, że to nasza wina. Próbowaliśmy pomóc. Jesteśmy tylko ludźmi i zdajemy sobie sprawę, że to nasz błąd – tłumaczy się w rozmowie z naTemat właścicielka kliniki.
Właściciele zaznaczyli, że nie chodzi im o pieniądze. Ze sprawą poszli do rzecznika odpowiedzialności zawodowej. – Napisaliśmy skargę do Warmińsko-Mazurskiej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej w Olsztynie, do rzecznika odpowiedzialności zawodowej. Wiem już, że będę wzywana na przesłuchanie i będzie tam wzywana także właścicielka kliniki. Oni zdecydują co dalej z tą sprawą robić i czy wyciągną konsekwencje – mówi nam Paula Albrecht.
Z jednej strony nie ma takiej kliniki, żeby jakiś pacjent z niej nie uciekł. Ale z drugiej strony jak zostawia się np. dziecko w przedszkolu, to chociażby opiekunki miały sobie wypruć flaki, to muszą zapewnić mu pomoc i właściwą opiekę, żeby dziecko nie wyszło poza teren placówki, nie zaginęło czy nie zostało porwane. Podobnie jest w tym wypadku z psem. Nie ma prawa, żeby mógł on opuścić sobie sam klinikę. Pytanie do właściciela kliniki, dlaczego taka sytuacja miała miejsce?
