
200 dolarów za operację pod narkozą złotej rybki? Coraz częściej jesteśmy gotowi wydawać duże pieniądze na leczenie naszych pupili. I to nie tylko na psy czy koty, ale także papugi, pająki czy jeże.
REKLAMA
Nietypową operację wykonał dr Jim Greenwood, który opracował procedurę operacji ryb. Jak mówi lekarz, w ciągu 20 lat wykonał około 30 operacji usunięcia oka u ryby. Operacja Goldie trwała godzinę i skończyła się sukcesem.
Jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu w gabinetach weterynarzy królowały psy i koty, a nawet ich nie ratowano za wszelką cenę. Przeciwko mojej tezie zaprotestowała dr Dorota Sumińska. – Mam 54 lata, i zarówno w moich czasach jak i w czasach mojego nieżyjący ojca jak i moich dziadków ratowano zwierzęta gdy tylko było to możliwe. Chociaż faktem jest, że wtedy nie było takich możliwości, ale nigdy nie rezygnowano z walki, gdy były szanse na wyleczenie – mówi naTemat.
– Niestety zapanowała moda na egzotyczne zwierzęta i jest ich coraz więcej. Do ich leczenia trzeba mieć specjalny sprzęt, nie wszędzie jest to możliwe. Ale powstało wiele gabinetów, które się w tym specjalizują. Diagnostyka w weterynarii rozwinęła się tak jak u ludzi. Są coraz większe możliwości leczenia i ludzie z nich korzystają – dodaje weterynarz i obrończyni zwierząt.
– Niestety ostatnio popularne są małpie noworodki. Odbiera się matkom trzydniowe dzieci i sprzedaje w internecie, by jakieś panie z niezaspokojonym instynktem macierzyńskim miały zajęcie. To chore. Te małpie matki są już tak zafiksowane, że już same zaczynają oddawać małe, zanim one skończą tydzień – relacjonuje dr Sumińska.
Mój pies miał raka macicy i musiał mieć operację. Na całe leczenie wydałem około 1000 złotych. Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się, czy bym coś takiego zrobił. Po prostu pojawiła się taka potrzeba i już. Wydałem na to sporo oszczędności, ale taka była potrzeba.
Inaczej sprawa wygląda na wsiach i w małych miasteczkach. Tam egzotyka raczej nie zagląda, a i z opieką nad tradycyjnymi zwierzętami bywa różnie. – Nie mam kontaktu z papugami, wężami czy pająkami - opowiada dr Michał Zabiełło, który od 30 lat prowadzi praktykę w dziesięciotysięcznym Czersku w Borach Tucholskich. – U mnie nadal królują psy, koty, czasami zdarzają się króliki, myszoskoczki, było kilka szczurów - relacjonuje.
Jednak nawet tutaj pewne zmiany zachodzą. – 30 lat temu rasowe zwierzęta można było policzyć na palcach jednej ręki, teraz się nie da. Coraz więcej ludzi kupuje i utrzymuje zwierzęta dla przyjemności. Są też gotowi coraz więcej poświęcić, bo zwierzęta są ich pupilkami. Wiele psów to małe rasy takie jak yorki, westie, ratlerki i więź między nimi a właścicielami jest bardzo serdeczna – ocenia dr Zabiełło.
Czytaj też: Pomóż psu i kotu przez Facebooka
Dodaje jednak, że w jego rejonie nie jest to jeszcze tak powszechne zjawisko jak w dużych miastach. – W ślad za tym rosną możliwości. Jeszcze kilkanaście lat temu nie można było marzyć o USG, rentgenie czy innych zaawansowanych narzędzi diagnostycznych. Teraz w wielu gabinetach takie się pojawiają – relacjonuje lekarz.
Ale w kwestii dbania o zdrowie zwierząt jest jeszcze wiele do zrobienia. – Niestety to, co dzieje się na wsiach, to jest barbarzyństwo. Trzyma się zwierzęta w złych warunkach, szczepienia uznaje się za jakąś fanaberię lekarzy. Musimy prosić ludzi, by przyprowadzili szczepienie przeciwko wściekliźnie, które przecież jest obowiązkowe – denerwuje się weterynarz.

