
Wystarczy wpisać w wyszukiwarce hasło „myśliwy zastrzelił psa”, i już można zacząć się bulwersować. „Zastrzelił psa, bo mu płoszył zwierzynę”. „Zastrzelił psa na oczach właściciela i odjechał”. I tak dalej, lektury starczyło by na długie zimowe wieczory. Jakby zamienić psa na jakieś inne zwierzę, dajmy na to krowę, to też będzie materiał do poczytania. Na przykład o komendancie Komendy Miejskiej w Olsztynie, który całkiem dużą krowę zastrzelił w trakcie polowania, bo pomylił ją z dzikiem.
REKLAMA
To jeszcze nic. Krowa to ciężkie zwierzę domowe, ale stosunkowo niewysokie. Przynajmniej w porównaniu do konia, który padł dwa tygodnie temu od celnego strzału oddanego przez 61 letniego myśliwego w okolicach wsi Grodno w województwie wielkopolskim. Już dzieci w przedszkolu potrafią bezbłędnie pokazywać na obrazkach kury, świnie, krowy i konie. I to nawet te maluchy, które w życiu nosa poza miasto nie wyściubiły. A tu proszę, myśliwy z wieloletnim stażem, który przecież musiał zdać jakiś egzamin, zanim mu dano prawo do posiadania broni, nie odróżnia konia od dzikiej świni.
Jak to możliwe? Trudno powiedzieć. Myśliwy przyznał się, że zastrzelił konia, tłumaczył, że był przekonany, iż strzela do dzika. Zrobił to dopiero dwa dni po tym, jak doszło do pomyłki, dopiero wtedy, gdy policjanci zapukali do jego drzwi. Czy był „pod wpływem” w dniu polowania? Tego już się najprawdopodobniej nigdy nie dowiemy.
Właścicielka konia mieszka na stałe w Finlandii, oceniła wartość konia na 170 tysięcy złotych. I to jest największy pech myśliwego w całej tej historii, bo nawet jeśli nie zostanie mu cofnięta licencja łowiecka, to ten strzał i tak będzie go wiele kosztował. W całej tej historii pikanterii dodaje fakt, że koń nie chodził sobie luzem po lesie, nie uciekał przez łąki i pola tratując wszystko na swojej drodze. Koń stał… na wybiegu.
Teoretycznie prawo łowieckie zabezpiecza przed takimi wypadkami. Myśliwi nie mogą oddawać strzału na odległość powyżej 200 metrów. – I muszą być na 200 proc. pewni, do czego strzelają – mówi pan Piotr, myśliwy z wieloletnim stażem. To jest jasne i wie o tym każdy adept, który dopiero marzy o tym, żeby dostać pozwolenie na broń. A póki co biega w nagonce albo wykłada karmę w paśniku. – W praktyce wygląda to tak, że strzelają gdzie chcą i do czego chcą. Czasem zastrzelą dzika, innym razem psa, konia lub rowerzystę – twierdzi Piotr Staszewski, który tropi przypadki myśliwskich „pomyłek”.
I chyba czas z tym skończyć. Nie może być tak, że mieszkańcy Ułanowa boją się powiedzieć złego słowa o myśliwych, bo ci im później w akcie zemsty krowę zastrzelą. Ktoś zastrzelił konia stojącego na wybiegu, a ktoś inny kilka metrów od ścieżki rowerowej zostawił wnętrzności upolowanych wcześniej zwierząt. Nawet jeśli była to zwierzyna łowna, to pozostawienie tego w takim miejscu nie jest niedbalstwem tylko zwykłą głupotą.
– W każdej społeczności trafią się jakieś czarne owce – mówi pan Piotr. W tym wypadku myśliwemu, który nie odróżnia konia od dzika grozi sąd łowiecki i proces cywilny. Sąd łowiecki może go wykluczyć z braci myśliwskiej, co w praktyce oznacza, że straci prawo do posiadania broni myśliwskiej i uczestniczenia w polowaniach. Proces cywilny z pewnością będzie dotyczył wysokości odszkodowania, jakie będzie musiał zapłacić.
– A ile jest takich przypadków, gdy sprawę zamiata się pod dywan? Gdy ktoś zastrzelił psa, a nie wartego fortunę wierzchowca może liczyć na to, że skończy się najwyżej na naganie – pyta retorycznie Staszewski. Jego zdaniem często w ogóle sprawa nie wychodzi na jaw, co najwyżej ktoś opublikuje na Facebooku zdjęcie zastrzelonego zwierzaka. Aktywista dodaje, że myśliwi to grupa, która bardzo dba o to, żeby członkom jej społeczności nie działa się krzywda.
– Przepisy, które teraz mamy są dobre i wystarczające do tego, żeby w takich przypadkach jak ten z Grodna ukarać winnego. On nie miał prawa strzelić, tak samo jak nie miał prawa strzelić ten, kto niedawno zabił rowerzystę – argumentuje pan Piotr. Pozostaje mieć nadzieję, że w tym wypadku przepisy prawa wystarczą do tego, żeby mężczyzna już nigdy więcej nie mógł wziąć broni do ręki. – Takie przypadki trzeba przykładnie karać. Ktoś musi zabrać wariatom broń. Po to, żeby następni myśliwi nie strzelali bezmyślnie do wszystkiego co się rusza – dodaje Staszewski.
Napisz do autora: [email protected]
