
Raz do roku Skaryszew w południowej części województwa mazowieckiego przeżywa prawdziwe oblężenie. W połowie lutego, to spokojne na co dzień miasteczko zmienia się nie do poznania, a przez miejscowość przewija się ponad 10 tys. osób z różnych zakątków Polski i spoza naszej granicy. Przyciąga ich tutaj największy i najstarszy w tej części Europy Jarmark Koński Wstępy. I choć nie przypomina już targu sprzed lat, kiedy zwierzaki w opłakanym stanie trafiały stąd prosto na rzeź, to nadal nie wszystko tu działa bez zastrzeżeń.
Właśnie zakończyła się kolejna edycja kontrowersyjnego jarmarku. Z punktu widzenia organizatorów - wszystko poszło zgodnie z planem. Zdaje się, że padła również rekordowa frekwencja, bo w sporządzonym na szybko podsumowaniu padają zawrotne liczby. - W tym roku gościliśmy jakieś 12 tys. osób - słyszymy od pracowników skaryszewskiego urzędu miasta i gminy. Sprzedawcy i handlarze przywożą tu też co roku imponującą liczbę zwierząt - szacuje się, że targu można dobić przy zakupie 1000-15000 koni.
Teraz, co przyznają nawet obrońcy zwierząt, którzy każdego roku monitorują skaryszewski jarmark, widać poprawę. Od paru lat targ odbywa się w specjalnie przeznaczonym, ogrodzonym i oznakowanym miejscu - na placu przy Krasickiego 13.
To ogromna impreza i oczywistym jest, że nie dysponujemy tyloma ludźmi, żeby wszystko osobiście skontrolować. To byłoby po prostu fizycznie niemożliwe. Poza tym, kontrolujemy tylko plac targowiska. Nie można zatem wykluczyć, że poza jego obszarem dochodzi do sytuacji niepożądanych.
Brak możliwość zweryfikowania każdego sprzedawcy nie jest jednak jedynym niepokojącym zjawiskiem. Zarówno organizacje pozarządowe jak i służby porządkowe, mówią otwarcie o tym, że poza dozorem pozostaje moment przed oficjalnym rozpoczęciem jarmarku. Wówczas, pod osłoną nocy lub wczesnym porankiem, często dochodzi do pierwszych transakcji sprzedającego z kupującymi.
Rolnicy i handlarze, którzy zarabiają na śmierci koni się nie zmienili. I z tym nic nie da się zrobić. Widok koni, na których postawiony jest krzyżyk, co oznacza, że jadą do rzeźni zawsze będzie budził nasz sprzeciw, a to na jarmarku ma ciągle miejsce. Poza tym, nie ulega wątpliwości, że taki jarmark nie powinien po prostu istnieć.
Działacze stowarzyszeń i fundacji, które pojawiły się w tym roku na jarmarku, zdołały uratować kilka koni przed, być może, najgorszym losem. Stowarzyszenie Lucky Horses wróciło do swojej siedziby z 7-miesięcznym źrebakiem Jemiołką i Sabriną, 7-letnią ciężarną klaczą. Kupiono je mimo, jak mówią przedstawiciele stowarzyszenia, "cen z kosmosu i bezlitosnych handlarzy".
Napisz do autora: [email protected]
