
Na polskiej wsi właściciele gospodarstw często mają problem z właściwym traktowaniem swoich zwierząt. I choć organizacje prozwierzęce edukują mieszkańców wsi o tym, jak należy z nimi postępować, to przy niejednej wiejskiej chałupie zobaczymy psa przywiązanego na krótkim łańcuchu. To jednak nic w porównaniu z tym, co odkryto w gospodarstwie niedaleko Świecia: wychudzone cielaki żuły sznurek, wychudzone krowy miały wrośnięte łańcuchy w skórę.
REKLAMA
O bestialskim traktowaniu zwierząt Stowarzyszenie Pogotowie dla Zwierząt zostało poinformowane przez krewnych właściciela gospodarstwa położonego we wsi Lubania-Lipiny w województwie kujawsko-pomorskim. To właśnie tam dochodziło do makabrycznych scen z udziałem zwierzaków, a rolnik, mimo licznych próśb i upomnień, nie wykazywał zainteresowania poprawą losu swoich podopiecznych.
Rodzina rolnika zdecydowała się donieść na swojego krewniaka. Najpierw sprawa trafiła na biurko urzędników gminnych, ale brak ich reakcji zmusił zaniepokojoną rodzinę do szukania innej drogi ratunku dla zmaltretowanych zwierząt. W ten sposób o dramacie w niewielkiej wsi pod Świeciem dowiedziało się Pogotowie dla Zwierząt.
Na miejscu członkowie stowarzyszenia stwierdzili, że zwierzęta z gospodarstwa były miesiącami głodzone, a warunki, w których przebywały przypominały bardziej scenografię z horroru niż zwykłą stodołę. – To było przerażające. Zwierzęta od kilku miesięcy nie miały dostępu do wody. Przez całe lato nie były wyprowadzone na dwór na pastwiska - relacjonują "Gazecie Wyborczej" inspektorzy Pogotowia dla Zwierząt.
Szczegóły interwencji pracowników organizacji, weterynarza i policji, mrożą krew w żyłach. – Na terenie gospodarstwa znajdowało się osiem krów. Miały znaczne ubytki w tkance mięsnej i tłuszczowej. Zamknięte w brudnej stodole cielaki z wystającymi pod skórą żebrami ssały matkę, która była na skraju wyczerpania. Inne, przywiązane na zewnątrz budynku, z głodu żuły sznurek od snopowiązałki - mówił dziennikarzom Grzegorz Bielawski z Pogotowia dla Zwierząt.
Policja szybko namierzyła właściciela gospodarstwa. Był przy pobliskim sklepie, gdzie pił piwo. Nie miał sobie w sprawie nic do zarzucenia.
Zwierzęta trafiły już pod lepszą opiekę - zostały przekazane do innych, sprawdzonych gospodarstw rolnych, a sprawę właściciela bada policja ze Świecia. Jak podkreślają pracownicy Pogotowia dla Zwierząt - takich interwencji mają na pęczki, a każdego dnia jeżdżą po kilka razy ratować zwierzęta w potrzebie.
– Niestety wciąż jest bardzo źle. Spraw o znęcanie się nad zwierzętami jest rocznie tysiące, a o wyroku skazującym słyszymy raz na rok – mówiła naTemat już w 2012 roku dr Dorota Sumińska, obrończyni zwierząt. Bywa, że sprawa kończą się na etapie zgłoszenia na policję lub umorzenia przez prokuraturę. Kiedy trafia do sądu, jest traktowana lekceważąco i orzekane są wyroki w zawieszeniu z uwagi na "niską szkodliwość społeczną czynu" – pisaliśmy wtedy.
Na szczęście sytuacja zaczyna się zmieniać. Kilka tygodni temu głośno było o wyroku za znęcanie się nad zwierzętami. Student, który zabijał koty i znęcał się nad nimi, został skazany na karę dwóch lat bezwzględnego pozbawienia wolności. Ponadto 22-letni Damian P. ma zapłacić grzywnę w wysokości czterech tysięcy złotych. Wyrok nie jest prawomocny. Sąd nałożył na Damiana P. także dziesięcioletni zakaz posiadania zwierząt
Źródło: Gazeta Wyborcza
